Spotkanie trzynaste: Tadeusz Różycki ps. „Dudek”

5 lipca br. bohaterem naszego cyklu „Moja Warszawa” był Tadeusz Różycki ps. „Dudek”.

Wraz z panem Tadeuszem przenieśliśmy się znów w czasie. Od usłyszanych opowieści o przedwojennej Warszawie i rzeczywistości okupacyjnej przeszliśmy na koniec do wspomnień  o udziale naszego bohatera w odbudowie stolicy ze zgliszczy i już prywatnie – o kształtowaniu jego wrażliwości artystycznej i dokonanych już później życiowych wyborach.

Do 1945 roku w życiu pana Tadeusza ogromną rolę odegrały trzy warszawskie adresy. Pierwszym z nich był Emilii Plater 14 – miejsce, gdzie spędził najwcześniejsze lata swojego życia. Dalej na rok przed wybuchem II wojny światowej dochodzi kolejny adres niezmiernie istotny z punktu widzenia formowania jego charakteru i upodobań: Hoża 13 przy placu Trzech Krzyży – gdzie chodził do Publicznej Szkoły Powszechnej nr 171, prowadzonej przez wyjątkową dyrektorkę, Marię Wysznacką. Tam został otoczony opieką przez pedagogów wykonujących swój zawód z powołania i z zamiłowania do wychowywania młodych pokoleń. Szczególnie w pamięci pana Tadeusza utkwiła postać wychowawczyni, pani Heleny Sewerynowej. Osoby obdarzonej charyzmą i wnikliwością tak potrzebną w procesie rozwoju młodego człowieka. W trakcie spotkania dużo uwagi zostało poświęconej opowieściom o szkolnych obyczajach, a także o tym, jak w ciągu tygodnia Tadzio z pierwszej klasy dostał promocję do klasy drugiej. Na koniec pozostał jeszcze jeden znaczący adres: Wilcza 41 – gdzie działała podczas Powstania Warszawskiego Harcerska Poczta Polowa zorganizowana oraz obsługiwana przez harcerzy „Zawiszy”, najmłodszych żołnierzy Armii Krajowej, wśród których znalazł się również trzynastoletni wówczas Tadzik.

Dzięki panu Tadeuszowi dowiedzieliśmy się, że w samym centrum Warszawy istniał do lat 50. ubiegłego stulecia ogród pomologiczny, którego obszar wyznaczają dziś następujące ulice: Nowogrodzka, Emilii Plater, Wspólna i Tytusa Chałubińskiego. Ogród ten wyglądał jak wiejski sad. Założono go, by poddawać obserwacji drzewa i krzewy owocowe, a także upowszechniać wiedzę o najbardziej wartościowych odmianach. Zwiedzających pilnował dozorca i upominał ich przy każdej próbie samowolnej degustacji. Uprawiane owoce można było kupić. W czasie okupacji nikt już tego nie przestrzegał, drewniany płot został ukradkiem rozebrany i posłużył za opał w czasie surowych zim, a bez parkanu okoliczni mieszkańcy zyskali w miesiącach przypadających na okres dojrzewania roślin łatwiejszy dostęp do świeżych owoców.

Rodzice pochodzili z tak zwanego proletariatu. Dom prowadzony był skromnie, ale z poszanowaniem autonomii dzieci i z dbałością o dostęp do kultury. Matka zajmowała się domem. Ojcu udało się przed wojną otrzymać posadę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Bywało, że mały Tadeusz towarzyszył ojcu w pracy, a w trakcie jednej z takich wizyt przełożony ojca podarował chłopcu książkę pt. „Sto krótkich powiastek”, która zawierała opowiadania. Na końcu każdego z nich znajdowała się jakaś sentencja. Prezent ten był o tyle istotny w życiorysie pana Tadeusza, że podsycił dziecięcą ciekawość i zachęcił do rozpoczęcia samodzielnej nauki czytania.

Rodzice byli miłośnikami muzyki i mieli ogromną kolekcję płyt. W domu stał patefon. Najpierw zaczęło się od wspólnego słuchania, a potem Tadzio zaczął sobie sam puszczać płyty. Początkowo, rozróżniając krążek po jego kolorze i kształcie, a z czasem i po tytule, który kilkulatek próbował odczytać, samodzielnie go sylabizując. Gdy tych atrakcji było już za mało nasz bohater sam zmajstrował odbiornik radiowy kryształkowy na słuchawki z anteną, by słuchać audycji muzycznych (m. in. programów profesora Rutkowskiego pt. „Śpiewamy piosenki”). W domu zauważano te fascynacje. Ojciec kupił Tadziowi akordeon. Od podwórkowych muzykantów chłopiec zyskał pierwsze lekcje nauki na instrumencie, z poodnajdywanych w domu śpiewników uczył się piosenek, a z radia – grania ze słuchu.

Rodzice mieli zamiar kupić własne mieszkanie, a może nawet domek. Oszczędzali i wszystkie zarobione pieniądze wytrwale składali w banku. W tym celu zgodzili się nawet na rozłąkę: zdecydowali, że ojciec przyjmie intratną posadę w ambasadzie polskiej na Litwie, dokąd ze względu na ograniczanie kosztów utrzymania pojedzie bez rodziny. Tymczasem wybuchła II wojna światowa. Na początku września 1939 roku Polacy szturmem ruszyli do placówek bankowych, by wypłacić swoje oszczędności. Wśród nich była matka naszego bohatera. Do domu wróciła poturbowana i zrozpaczona. Okazało się, że pieniędzy nie będzie. Kobieta została sama bez środków do życia z dwójką dzieci: Tadzikiem i młodszym Mieciem. Z ojcem rodzina miała się zobaczyć dopiero wiele lat po wojnie. Każdy dzień był dramatyczną walką o przetrwanie. Tadzik, choć kilkulatek, dzielnie pomagał matce w dorywczych pracach, a to przy sprzedaży papierosów, a to – warzyw. Nieoceniona była wówczas wspierająca rola pedagogów z Wilczej, którzy otoczyli opieką wrażliwego chłopca.

W czasie okupacji Tadzik przystąpił jako zuch do „Zawiszaków”, najmłodszej grupy w ramach „Szarych Szeregów”. Jego opiekunem był Przemysław Mieczysław Górecki ps. „Kuropatwa”, który stworzył ptasi zastęp. Do załatwienia pozostała jeszcze tylko kwestia pseudonimu. Wszystkie orły i sokoły były już zajęte, więc Tadeusz po wnikliwej analizie atlasu ornitologicznego zdecydował się na barwnego i wyróżniającego się wyglądem dudka. Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie trafił do Harcerskiej Poczty Polowej. Służył w 4. drużynie w Śródmieściu Południowym. Najpierw zajmował pozycję młodzika, potem – łącznika,  aż w końcu – listonosza.

Harcerska Poczta Polowa Powstania Warszawskiego była ewenementem w wojennych dziejach Europy, a to dlatego, że szeregowymi wykonawcami zleceń byli dziesięcio- piętnastoletni harcerze. Poza tym posiadała serię specjalnie wydanych znaczków pocztowych autorstwa Stanisława Tomaszewskiego ps. „Miedza” i Mariana Zygmunta ps. „Nałęcz”, co było symboliczne, bo komunikowało światu, że Warszawa cały czas istnieje i funkcjonuje jak  stolica niepodległego państwa. Młodym posłańcom zależało, by przesyłkę dostarczyć maksymalnie w ciągu doby. A przecież trwał nieustanny stan oblężenia, a jeszcze każdy list przed doręczeniem musiał zostać najpierw ocenzurowany. Dodatkowo listonoszom w całej tej zawierusze powstańczej nastręczało najwięcej trudności samo odnalezienie adresata. Życie ludności cywilnej przeniosło się do piwnic. Młodzi posłańcy niejednokrotnie długimi godzinami przeczesywali zrujnowane miasto w nadziei na dostarczenie listu. Bardzo często w miejscu wskazanym w adresie była już tylko wyrwa po bombie. Co nie oznaczało, że misja została zakończona. Trzeba było dowiedzieć się, gdzie przenieśli się uratowani lokatorzy i – wędrując po ciemnych i zatłoczonych pomieszczeniach – wywoływać na głos nazwisko adresata w nadziei, że się go tam odnajdzie. Zważywszy na te okoliczności wydaje się wręcz niepojęte, że poczta w ogóle działała. Ale rzeczywiście tak było. Co więcej dostarczanie przesyłek było zajęciem niezmiernie potrzebnym, bo dodającym otuchy, że najbliższa osoba żyje, ale i ogromnie niebezpiecznym. Listonosze musieli przekradać się przez linię frontu, stając się mimowolnie łatwym celem dla snajperów, jak również nie lada kłopotem dla obserwujących w napięciu teren żołnierzy liniowych trzymających straż po stronie polskiej.

Po kapitulacji Powstania Warszawskiego Tadzik z matką i młodszym bratem podzielił los większości warszawiaków i trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, gdzie przeżył noce bez dachu nad głową, na dworze, śpiąc na szmatach i kartonach.

Po wojnie dorosłe już życie pana Tadeusza wyznaczają następujące zajęcia: muzyk Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej, kompozytor, aranżer, dyrygent i wieloletni prowadzący zespołu „Grająca Tabakierka”, a także niestrudzony orędownik zaangażowany w upamiętnianie miejsc związanych z walkami w czasie Powstania Warszawskiego i działalnością Harcerskiej Poczty Polowej.

Wywiad przygotowała oraz ilustrowane archiwalnymi i współczesnymi zdjęciami spotkanie poprowadziła Magdalena Walusiak, dziennikarka, poetka i dramaturg.