Spotkanie trzecie: Czesław Łukasik

1 marca br. odbyło się trzecie spotkanie w ramach cyklu „Moja Warszawa”, którego bohaterem był pan Czesław Łukasik, ur. 17.01.1926 r.

Pan Czesław urodził się w Sochaczewie, do Warszawy przybył z rodzicami na początku lat 30. Rodzina zamieszkała na Woli, na ul. Elekcyjnej 6. Przedwojenne budynki nie zachowały się, w tym miejscu biegnie dziś jezdnia. Wspomnienia z tamtego okresu dotyczyły przede wszystkim biedy robotniczej dzielnicy, jaką była Wola, trudnych warunków życia, szkoły podstawowej oraz zabaw na gliniankach i niedzielnych wyjazdów na Stare Miasto. Pan Czesław, jak każdy młody chłopak, był ciekawy życia i był jego znakomitym obserwatorem.

Życie na Woli w okresie międzywojennym łatwe nie było, zwłaszcza życie robotników sezonowych. Rodzina pana Czesława mieszkała tu do 1943 r. Wolska była wtedy ulicą dużo węższą, brukowaną.  Zabudowa ówczesnej ul. Elekcyjnej składała się głównie z budynków drewnianych, w takim też żyła rodzina pana Czesława. W jednym pokoju (izbie)  mieszkało 5 osób, bywało też, że i dodatkowo dwóch sublokatorów. Nie było bieżącej wody, światła, gazu, ubikacja znajdowała się na zewnątrz, rynsztokami płynęły ścieki i fekalia. Dojeżdżał tu tramwaj numer 21.

W bliskim sąsiedztwie ul. Elekcyjnej znajdował się teren nazywany gliniankami. Około 1937 r. podmokłą okolicę zaczęto zasypywać i osuszać, w miejscu dawnych glinianek zaprojektowano  Park Sowińskiego. Pan Czesław w parku miał swoje drzewo – własnoręcznie posadzoną lipę, którą się opiekował. Dziś lipy już nie ma, zachowała się jedynie pamięć o tworzeniu parkowej alei drzew. Pan Czesław doskonale pamięta osuszanie terenu przez specjalnie sprowadzoną straż ogniową, która wypompowywała wodę do kanałów na Woli i późniejsze profilowanie niecki przez bezrobotnych. Odsłonięto też wtedy istniejący pomnik generała Sowińskiego. Park był miejscem rozrywki – występowali w nim artyści.  Koncerty i występy zespołów były nagrywane przez Polskie Radio i już 2 godziny potem można było je usłyszeć na antenie. W okolicy nikt nie miał radia, imprezy na żywo zapewniały więc bezpośredni udział w koncertach.

Szkoła podstawowa, do której chodził pan Czesław mieściła się na skrzyżowaniu ul. Kasprzaka (dawniej była to ul. Dworska). Budynek szkoły zachował się. Dziś mieści się w nim Szkoła Podstawowa nr 387 im. Szarych Szeregów, pod adresem ul. Kasprzaka 1/3. „Mama zaprowadziła do szkoły, nauczycielka pokazała ławkę i to było wszystko – nikt mnie za rączkę do szkoły nie prowadził.” – wspomina pan Czesław. Latem czy zimą trzykilometrowy dystans był pokonywany pieszo bo, jak stwierdził Pan Czesław, pochodząc z bardzo biednej rodziny, nie stać go było na tramwaj, ale i tramwaj pod szkołę nie dojeżdżał…  Przed naszym spotkaniem pan Czesław odwiedził szkołę im. Szarych Szeregów, był jednak nieco zniesmaczony współczesnym jej wyglądem i obecnym stanem. Ale przede wszystkim wróciły wspomnienia z dzieciństwa… „Mieliśmy bibliotekę, gabinety przeróżne, mieliśmy salę gimnastyczną, boiska, mieliśmy wszystko. To była szkoła na wysokim poziomie.” Było tak, że nie zawsze pan Czesław jadł śniadanie. W szkole zorganizowano akcję wsparcia biedniejszych dzieci przez bogatszych rodziców, którzy wkładali do kosza drugie śniadanie dla głodnych dzieci, jak pan Czesław. „Przepiękna szkoła, wspaniali nauczyciele” – wspomina pan Czesław, mimo że nie raz dosłał linią po rękach albo siedział w kącie. Mówił o wielkim szacunku do nauczycieli i że nikt nie odważył się krzywo spojrzeć na nauczyciela, bo choć bywali surowi to sprawiedliwi. Po wybuchu wojny Niemcy zajęli budynek na własne potrzeby, wyrzucając z niej książki, pomoce naukowe i inne wyposażenie. Aby kontynuować naukę kilku chłopaków, wśród nich był oczywiście pan Czesław, zorganizowało się z nauczycielem i poszli na ul. Miedzianą – tam prowadzenie zajęć było możliwe tylko przez tydzień, bo Niemcy znów wyrzucili uczniów z budynku szkoły. Aby ukończyć siódmą klasę pan Czesław był zmuszony zmieniać szkołę kilka razy, przenosił się wtedy do kolejnej – czy to na ul. Karolkową tuż przy ul. Leszno, czy wreszcie na ul. Młynarską. Świadectwo jednak spłonęło w czasie Powstania.  Zakończenie roku szkolnego też nie przypominało radości uczniów przed wakacjami. Realia nie były optymistyczne, bo w okupowanej Warszawie panował terror, był okres łapanek. Zakończenie szkoły to raczej smutne chwile, kiedy uczniowie  – ze łzami w oczach – wzajemnie informowali się o kolejnych członkach rodziny, zabranych w łapankach:  „Zabrali mnie z domu ojca, zabrali mnie brata” – wyznaje jeden z kolegów pana Czesława.

Z chwilą wybuchu wojny ojca zmobilizowano, matka została z trójką synów w wieku 13, 10 i 7 lat. Pan Czesław, najstarszy z rodzeństwa, zapamiętał rzesze ludzi, którzy uciekali na wschód i  niemieckie samoloty lecące nad ulicami, strzelające z karabinów maszynowych do bezbronnych uciekinierów. „Niemcy uważali się za panów, nie było u nich humanitaryzmu” – mówi, przywołując równocześnie z pamięci  słynne zdjęcie siostry, która klęczy przy zabitej siostrze, wskazując, że najlepiej oddaje tamte nastroje. [i]

Jednym z obrazów zapamiętanych z początku wojny i eksodusu ludności było rozdawanie ok. 3 ton pomidorów, podarowanych uciekinierom przez zaprzyjaźnionego badylarza, który zatrudniał chłopców, wynagradzając ich pracę warzywami i owocami.  Nie było mowy, że je sprzeda na targu, chciał więc pomóc głodnym. Miało to miejsce na rogu Elekcyjnej i Wolskiej – chłopaki z harcerstwa pomogli rozdawać pomidory, które zniknęły w ciągu niespełna dwóch godzin.

Formą obrony Warszawy przed zbliżającymi się Niemcami była budowa barykad – z desek, wagonów tramwajowych, mebli, ze wszystkiego co było pod ręką… Pan Czesław był świadkiem akcji podpalenia kilku czołgów niemieckich, które próbowały sforsować jedną z nich, utworzoną na wysokości ul. Redutowej i kościoła św. Wawrzyńca – niedaleko miejsca jego zamieszkania. Dzięki dowodzącemu ppłk. Zdzisławowi Pacak-Kuźmirskiemu podpalono i wyeliminowano z walki kilka niemieckich czołgów. Udało się to także dzięki wykorzystaniu benzolu i terpentyny z pobliskich magazynów fabryki Dobrolin braci Palów,  produkującej pastę do podłóg i obuwia. Łatwopalne materiały ustawiono w stulitrowych beczkach, w odległości co 5 metrów. Z chwilą wydania rozkazu strzelania w beczki powstała ściana ognia. Niemieckie czołgi zostały spalone, ich wraki stały jeszcze na ul. Wolskiej około 3 miesięcy.

Oblężenie Warszawy, nieustanne bombardowania wywoływały wielokrotne pożary tych samych budynków. Pan Czesław – obok bohaterstwa prezydenta Stefana Starzyńskiego – podkreśla bohaterstwo swojej matki, także pozostałych kobiet – dzielnych i odważnych, piachem zasypujących pożary domów.

Kapitulacja była bardzo przykrym momentem – rzadko kto wychodził i obserwował, jak Niemcy maszerowali w zwycięskiej defiladzie.

Na początku okupacji  Niemcy przywozili zupę w kotłach i rozdawali ją ludności na ulicach, wykluczając jednak z tych obdarowywanych ludność żydowską.

Rodzinie pana Czesława, jak wielu innym, było ciężko, kończyła się żywność. Zdobywano ją w różny sposób – np. z chłodni, działającej przed wojną przy linii torów kolejowych. Wraz z braćmi udało się zabrać z niej trzy worki suszonych fig, które miały znaczącą wartość energetyczną.  Trzeba było też zdobyć opał na zimę. Na Dworcu Zachodnim znajdowały się olbrzymie hałdy węgla. Pan Czesław wraz z braćmi wykonali kilka kursów specjalnym wózeczkiem, wydłubując spod podpalonej warstwy węgla ten, który nadawał się na opał. Od 1941 r. pan Czesław pracował  na Bródnie w zakładzie, którego duże hale znajdowały się naprzeciwko cmentarza Bródnowskiego (zostały zniszczone przez wycofujących się Niemców). Warunki pracy były bardzo ciężkie – dzień pracy wynosił 10 godzin, nie można było się spóźnić, bo dostawało się baty.  Jest możliwe, że zatrudnienie uchroniło pana Czesława przed niebezpieczeństwem łapanek w Warszawie.

Powstanie

1 sierpnia pan Czesław odwiedził rodzinę na ul. Elekcyjnej – od ponad roku mieszkał już na Ochocie (ul. Grójecka 3).  Do godz. 17.00, przez Dworzec Zachodni, zdążył wrócić na Ochotę –  dostał się na ul. Barską i spotkał tam kolegów. Potwierdzili jego tożsamość i przyłączył się do Powstania, do plutonu 406. Dostał dwie filipinki, sidolówki (granaty własnej produkcji wypełniane środkiem wybuchowym i kawałkami żelastwa, żeby zwiększyć siłę rażenia). Były zawodne bo potrafiły w rękach wybuchnąć.

Około godziny 7 zdjęto pana Czesława i kolegów z posterunku i zaprowadzono na ul. Filtrową. Tam, z okien trzeciego piętra miał widok na cały pl. Narutowicza. „Boże! Co ja zobaczyłem! Co za idiota wydał polecenie, żeby z granatem i karabinem atakować Dom Akademicki na pl. Narutowicza! Przecież to była twierdza! Tam by czołgiem tego nie zdobył!” – wspomina pan Czesław.

Po dwugodzinnej warcie z otrzymanym karabinem, goniec poinformował, że wszyscy mają się zebrać na ul. Niemcewicza 9. Grupa ok. 700 młodych chłopców, dziewcząt i dorosłych, zgodnie z rozkazem płk. Mieczysława Sokołowskiego ps. „Drzymała” miała wyjść z Warszawy do Lasów Sękocińskich, Lasów Chojnowskich i po dozbrojeniu (były tam dość spore zrzuty) wrócić z powrotem do Warszawy. Niestety tak się nie stało.

Wraz z wycofującymi się z Warszawy oddziałami IV Obwodu Ochota AK w kierunku Lasów Chojnowskich, pan Mieczysław znalazł się w Pęcicach. Przetrzymywany z innymi w piwnicy tamtejszego pałacu, zmuszony był też kopać groby dla poległych w bitwie pod Pęcicami i zamordowanych później w egzekucjach. Sam cudem uniknął rozstrzelania, schowawszy się w piecu do pieczenia chleba. Był szczupłym chłopakiem, ciągle przecież nie dojadał, zmieścił się w piecu bez problemu. Kilka osób podało mu różne rzeczy – 20 dolarów, płaszcz, latarkę. Zdrzemnął się w tym piecu i około godziny 2 – 3 w nocy, wydostał się, przechodząc obok śpiących Niemców.

Różne były dalsze koleje losu pana Czesława. Uciekł z pałacu i znalazł się w Komorowie. Poszedł w kierunku Warszawy, która płonęła. Nie dotarł jednak od razu. Błąkał się po okolicznych wsiach przez kilka miesięcy, ukrywając że jest Powstańcem, ponieważ Niemcy zakazali pomagać uciekinierom z Warszawy.  Wielokrotnie napotykał niebezpieczeństwo. W okolicach cegielni między Pruszkowem a Komorowem, gdzie Niemcy rozstrzelali 15 Powstańców, także był zatrzymany przez Niemców. Powiedział, że idzie do pracy do Pruszkowa i udało się, ocalał.

Historie zapamiętane i opowiedziane przez pana Czesława nie należały do łatwych. Trudno się dziwić – przedwojenna bieda robotniczej Woli czy Ochoty, głodowe zarobki i nieustanne poczucie głodu, kontrastowały z eleganckim Nowych Światem i Krakowskim Przedmieściem. Mimo tych przykrych doświadczeń wyprawy do Śródmieścia były wspominane z sentymentem, a chodzenie po Warszawie stało się jego nawykiem.

Powrót do zrujnowanej Warszawy, spotkanie z wracającymi z obozu w Oranienburgu bratem i ojcem, to następny wzruszający obraz, który pozostał w pamięci bohatera naszego spotkania.

Po wojnie pan Czesław miał swój udział w odbudowie stolicy, podkreślił, że Warszawiacy sami nie odbudowaliby Warszawy.  Zdobył kwalifikacje na różnych kursach i szkoleniach. Jako budowlaniec, potem jako cieśla, pan Czesław pracował przy m.in. przy budowie Domu Słowa Polskiego, odbudowie Muranowa, drążeniu tuneli metra. Pierwsze budynki na ul. Leszno, inne na Muranowie są dobrze podpiwniczone i nie stoją na gruzach, jak podkreślił pan Czesław, a poza gruzem najbardziej pamięta wszechobecne błoto i manipulowanie wynikami pracy. Były wtedy słynne zespoły murarskie, które pobijały kolejne rekordy. W 1953 r. oddelegowany został do budowy metra –  trasa pierwszej linii miała przebiegać od Dworca Gdańskiego do pl. Unii Lubelskiej. Niestety zaniechano budowy.

Pan Czesław pamięta też spektakularne przesunięcie kościoła pokarmelickiego Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, który stał w połowie dzisiejszej al. Solidarności (dawna ul. Leszno), biegnącej od pl. Bankowego w kierunku Woli.

Z drążeniem tunelu podczas budowy Trasy W-Z wiążą się dwie historie. Jedna związana jest z utwardzaniem gruntu w celu zabezpieczenia kościoła św. Anny przed osunięciem się skarpy, druga z odkryciem piwnicy znanej winiarni „Simon i Stecki”, która miała swą główną siedzibę na Krakowskim Przedmieściu nr 38.

Pan Czesław spisał swoje losy, w jego opowieści zawierają się też wątki pracy w Iranie czy Iraku, jaką wykonywał w swoim życiu. Dziś już dawno jest na emeryturze i cieszy się szacunkiem swojej rodziny, a także nowych przyjaciół z Domu Wsparcia dla Powstańców Warszawskich na ul. Nowolipie 22, którzy chętnie włączyli się w dyskusję po spotkaniu.

W spotkaniu wzięli udział członkowie czterech pokoleń rodziny pana Czesława oraz przedstawiciele Dzielnicy Wola, przekazując bukiet kwiatów od Burmistrza. Spotkanie, ilustrowane zdjęciami współczesnymi i przedwojennymi,  prowadziła Maria Kamińska.


[i] Jest to zdjęcie wykonane przez Juliena Brayana, przedstawiające 12-letnią Kazimierę  Mika (z domu Kostewicz), pochyloną nad ciałem zabitej starszej siostry, zdjęcie wykonano 14 września w okolicach ul. Ostroroga i Wawrzyszewskiej.