Spotkanie szóste: Halina Bieżan-Glonek ps. „Lalunia”

26 kwietnia br. bohaterką naszego cyklu „Moja Warszawa” była Halina Bieżan-Glonek ps. „Lalunia”.

Podróż szlakiem wspomnień rozpoczęła się w miejscu niezwykłym i niedostępnym dla wszystkich, a mianowicie na Warszawskiej Cytadeli, której stan obecny w znaczny sposób odbiega od funkcjonalności tego obiektu sprzed wojny. Dla zgromadzonych na spotkaniu szczególnym smaczkiem była opowieść pani Haliny, jak to miejsce zapamiętała jako dorastające dziecko, a następnie – nastolatka.

W powszechnej świadomości Cytadela to obiekt wojskowy. Osoby postronne mogły wejść do środka tylko na podstawie wydawanej na wartowni przepustki. Tymczasem pani Halina, córka zawodowego żołnierza stacjonującego w Cytadeli, nie tylko mieszkała do 1939 roku na terenie fortu, ale również chodziła do istniejącej tam szkoły powszechnej. W forcie funkcjonowały również m.in. biblioteka czy świetlica.

Rodziny żołnierzy i młodzi oficerowie zajmowali wygodne mieszkania w murowanym, jednopiętrowym i trzyskrzydłowym pawilonie 10., w którym znajdowało się również muzeum. Na dziedzińcu był różany klomb, a budynek otaczał rząd starodrzewu, a wśród nich topole, kasztanowce i pięknie kwitnące akacje. Zresztą cały kompleks w obrębie Cytadeli był oazą zieleni. Wymarzone miejsce na spacery i zabawy oraz spędzanie pogodnego i bezpiecznego dzieciństwa.

Mała dziewczynka na co dzień obcowała z całą rutyną życia wojskowego jak, zmiany wart, ćwiczenia, musztry, uroczystości, defilady, i w pamięci zachowała obraz niemal idylliczny tego miejsca, mimo że bystrej uwadze dziecka nie umknął fakt, że w Cytadeli stała szubienica i kibitka oraz była brama straceń.

W szkole powszechnej Halinka zapisała się do harcerstwa. Zbiórki, gawędy historyczne, śpiewy, zdobywanie stopni i sprawności – to wszystko w młodej głowie, pamięci i sercu wzrastało i budowało system wartości oparty na zasadach dobra, patriotyzmu i uczciwości, co pozostało na całe życie. Z tych czasów pochodzi również przyjęty późniejszy pseudonim konspiracyjny „Lalunia”.

Tradycje patriotyczne w rodzinie pani Haliny stanowiły kolejne źródło kształtowania jej postawy odpowiedzialności obywatelskiej. Pradziadek był powstańcem styczniowym i brał udział w licznych uroczystościach państwowych, zasiadając wśród ówczesnych dygnitarzy w lożach honorowych, gdy w tym samym czasie Halinka wraz ze swoim zastępem defilowała w gronie innych harcerzy.

W ostatnich tygodniach sierpnia 1939 roku w Cytadeli Warszawskiej nastała szczególna atmosfera. Pani Halina zapamiętała wzmożony ruch, częste spotkania oficerów, dostawy broni, ale nie miała poczucia zagrożenia, bo to co się działo, umacniało ją tylko w przeświadczeniu, że Polska jest dobrze przygotowana do wojny. W odruchu patriotycznego obowiązku wraz z innymi harcerzami żegnała na Dworcu Gdańskim żołnierzy wyjeżdżających w ramach przegrupowań sił.

Nastał czas wojny. Pani Halina przeżyła rozpaczliwą obronę Warszawy. Wspomina wyjątkową postawę Stefana Starzyńskiego, prezydenta stolicy, i jego niezapomniane odezwy radiowe zagrzewające ludność cywilną do walki i dodające jej otuchy w chwilach najwyższej próby. Po kapitulacji wszystkie rodziny wojskowych zostały usunięte z Cytadeli przez Niemców. Wraz z matką pani Halina znalazła schronienie w blokach wojskowych przy ulicy Krajewskiego, niedaleko zresztą fortu. Po kapitulacji ojciec uciekł z transportu i wrócił do Warszawy. Musiał jednak zachowywać w tajemnicy swój status żołnierza, dlatego rodzina postanowiła przenieść się na Pragę i zamieszkała w okolicach pl. Szembeka, gdzie prowadziła sklep mydlarski – źródło utrzymania.

W czasie okupacji w ramach harcerstwa zmienił się zakres szkoleń z naciskiem na przysposobienie wojskowe. Pani Halina gromadziła doświadczenie w charakterze łączniczki i wywiadowczyni. Brała udział m.in. w akcji rozpracowania generała Pohotowki, dzięki czemu udało się ustalić, w którym gabinecie przy ulicy Kopernika urzęduje ten oficer i jaką ma przyznaną ochronę. Za sprawą ojca natomiast trafiła do służby radiotelegrafistów w kompanii „Kram”, w której sam był zaangażowany. Okupacja to również czas nauki najpierw do 1941 roku w Gimnazjum Żeńskim im. Aleksandry Piłsudskiej przy pl. Inwalidów, zakończonej tzw. małą maturą, a następnie – tajnych kompletów, gdzie złożyła maturalny egzamin dojrzałości. Świadectwo pani Halina otrzymała jednak dopiero po wojnie w 1946 roku.

14 czerwca 1944 roku doszło do zdarzenia, które rzuciło się cieniem na życiu pani Haliny. Niemcy odkryli miejsce nadawania radiostacji i aresztowali grupę radiotelegrafistów w tym rodziców naszej bohaterki. Do mieszkania nie mogła wrócić. Nie chciała również narażać inne osoby na niebezpieczeństwo. Bez środków do życia, dachu nad głową, rozpoczęła się jej tułaczka. Rodziców już nigdy nie miała zobaczyć.

W ostatnich tygodniach lipca Warszawa zaczęła zamieniać się w twierdzę. Niemcy ewakuowali urzędy, zamykano fabryki, sklepy świeciły pustkami, na ulicach budowano barykady, a wzdłuż Wisły – tworzono okopy. Odczuwano pewnego rodzaju entuzjazm pomieszany z niepokojem, czy aby oto nie nadchodzi ten moment, kiedy dojdzie do powszechnego zrywu wyzwoleńczego.

Powstanie zastało panią Halinę na Żoliborzu. Padały strzały i zaczęli pojawiać się wokół ludzie z biało-czerwonymi opaskami na rękawie. Przypadkowo nasza bohaterka trafiła na dawne koleżanki z harcerstwa, które zaprowadziły ją do Zgrupowania „Żywiciel”. W związku z wyjątkową sytuacją pani Halina przeszła szybkie przeszkolenie i zaczęła pełnić w nowym dla siebie oddziale funkcję sanitariuszki.

Bohaterka spotkania opowiedziała o próbach zdobycia Cytadeli oraz heroicznych walkach przy Dworcu Gdańskim, przenoszeniu rannych pod osłoną nocy do punktu opatrunkowego mieszczącego się przy Generała Zajączka 2, a także o sposobach na przemieszczanie się w dzień pod ostrzałem niemieckim. Nie mogło zabraknąć wspomnień o załamaniu się walk na Starym Mieście i docierających na Żoliborz rozbitych oddziałach oraz o kapitulacji Żoliborza. Wtedy, jak większość Warszawiaków, pani Halina dostała się do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd zrządzeniem losu trafiła pod Warszawę na wieś, gdzie doczekała zakończenia wojny.

Powrót do Warszawy wiązał się dla pani Haliny z wielkimi nadziejami. Liczyła bowiem cały czas, że rodzice przeżyli i że ocalał dom, który da im schronienie. Niestety w obu przypadkach rzeczywistość okazała się okrutna. Rodzice zginęli bowiem rozstrzelani jeszcze przed wybuchem powstania w egzekucji na Pawiaku, a mieszkanie zostało zniszczone podczas walk.

Krótko po wojnie pani Halina pobrała się ze swoją długoletnią sympatią, Włodzimierza Bieżana. Wesele przygotowali życzliwi sąsiedzi, a na stół wjechała pieczeń z koniny, co było wówczas nie lada rarytasem.

Życie jeszcze wielokrotnie srodze doświadczyło naszą bohaterkę, ale na zakończenie podzieliła się ze zgromadzonymi na sali osobami słowami jakże pogodnymi i optymistycznymi, że głęboko w sercu zachowała miłość, która pomogła jej ustrzec się przed zgorzknieniem i pretensjami. A na Warszawę patrzy dziś z uczuciem spokoju i pełnego zrozumienia. Dodatkowo jako radosną niespodziankę od losu traktuje możliwość przebywania w Domu Wsparcia dla Powstańców Warszawskich przy Nowolipiu 22, gdzie odnajduje życzliwość i wsparcie, co bardzo docenia w swoim wieku.

Spotkanie poprowadził prezes Stowarzyszenia Monopol Warszawski Janusz Owsiany. Rozmowie towarzyszyła prezentacja archiwalnych zdjęć.