Spotkanie jedenaste: Andrzej Pląskowski ps. „Andrzej II”

14 czerwca br. bohaterem naszego cyklu „Moja Warszawa” był Andrzej Pląskowski ps. „Andrzej II”.

Wraz z naszym bohaterem podróż w czasie rozpoczęliśmy chronologicznie od narodzin. Cud związany z pojawieniem się na świecie nowego życia w tym przypadku został jeszcze spotęgowany przez inną okoliczność. W tym samym szpitalu leżał ciężko już chory dziadek pana Andrzeja, ginekolog z zawodu, który jako pierwszy wziął go na ręce i przekazał rodzicom w swoistej sztafecie pokoleń.  

Po krótkim pobycie Andrzeja na ulicy Białej rodzice przenieśli się na niezmiernie klimatyczne osiedle Boernerowo – do istnej oazy spokoju i zieleni. Nazwa została nadana w 1936 roku i upamiętnia ministra poczt i telegrafów Ignacego Boernera. Historia osiedla zaczęła się w 1922 roku od budowy Transatlantyckiej Radiostacji Nadawczej i 6 budynków dla pracowników przy Forcie Babice. W 1932 roku założono tu Towarzystwo Popierania Budowy Własnych Domów przez pracowników służby łączności i w przeciągu tylko kilku miesięcy gotowych było pierwszych 56 skanalizowanych, zelektryfikowanych domów, do których dochodził tramwaj miejski linii B (obecnie numer 20). By dopełnić wyjątkowy obraz tego miejsca należy odnotować, że z inicjatywy władz państwowych dach nad głową znaleźli tu również weterani walk o niepodległość w latach 1863 – 1920 w ramach Kolonii im. Aleksandry Piłsudskiej. Osiedle do czasów współczesnych niemal się nie zmieniło, pojawiło się trochę nowych domów, wciąż można tam dojechać jednym tramwajem. Zniknęły tylko niektóre nazwy ulic – dawna Łączności to dziś Telewizyjna – a dawna Legionów – dziś Ebro.

Z punktu widzenia pana Andrzeja osiedle Boererowo stwarzało idealne warunki do spędzenia beztroskiego i bezpiecznego dzieciństwa w atmosferze szacunku dla tych, którzy walczyli o niepodległą Polskę. Szacunku bardzo żywego i bezpośredniego ze względu na bliskie sąsiedztwo z żyjącymi w okolicy weteranami.

Andrzej został wyrwany z sielskiego życia 1 września 1939 roku wraz ze spadającymi na Warszawę bombami. Jedna z nich uderzyła niedaleko domu, w którym mieszkał nasz bohater. Ojciec, dyrektor elektrowni na Śląsku, dołączył w pierwszych dniach września do rodziny i w chaosie panującym dookoła wspólnie podjęto decyzję o ucieczce na wschód. Ale już po przekroczeniu Wisły zdecydowano o zaprzestaniu tułaczki i powrocie do Warszawy.

Okupacja to we wspomnieniach pana Andrzeja częste zmiany zamieszkania, nauka jazdy samochodem zasilanym gazem ziemnym, ale przede wszystkim konspiracyjna działalność ojca i filantropia mamy, co odebrał jako lekcję na przyszłość, że w życiu należy dbać nie tylko o siebie, ale również o innych. Do Gimnazjum J. Świeżyńskiej–Słojewskiej  Andrzej chodził na Marszałkowską 31 a. Oficjalnie w myśl zarządzeń okupacyjnych placówka kształciła zawodowo, a w praktyce nauczyciele przekazywali wiedzę ogólną. Dlatego w szkole funkcjonował system powiadamiania o nieoczekiwanej inspekcji niemieckiej. Wówczas w salach zapalała się lampka, i wiadomo było, że trzeba pochować na przykład podręczniki do historii.

Już w szkole na osiedlu Boernerowo Andrzej trafił do harcerstwa, a w czasie okupacji przyszła kolej na konspirację. Odbyło się to w nieoczekiwany sposób. Nasz bohater jako wyróżniający się uczeń został wywołany z klasy podczas lekcji przez syna właścicielki szkoły na spotkanie z Witoldem Wardyńskim ps. „Witur”, i został poproszony o zorganizowanie grupy w ramach „Szarych Szeregów”. Zadanie to tak pochłonęło Andrzeja, że miał zamiar rzucić szkołę. Bardzo szybko jednak został od tego odwiedziony. I to wówczas narodziło się wewnętrzne zobowiązanie i życiowa misja naszego bohatera: rozwijania wiedzy i kształcenia się dla budowania przyszłości Polski. Potrzeba ta wielokrotnie w jego życiu będzie obecna i bardzo poważnie oraz z oddaniem wypełniana.

Nadszedł dzień wybuchu Powstania Warszawskiego. Nieodłącznym ekwipunkiem starszego strzelca z kompanii „Gryf” był koc, który służył po pierwsze do przygotowania stanowiska strzeleckiego, a po drugie dawał możliwość zorganizowania przestrzeni do krótkiego wypoczynku. Andrzej walczył na Mokotowie, a także w pobliżu pałacu wilanowskiego. Jego szlak bojowy wyznaczają takie miejsca jak: Malczewskiego, Królikarnia, Park Dreszera, Czerniakowska, Chełmska, Piaseczyńska, Lasy Chojnowskie czy Lasy Kabackie.

Mocno w pamięci utkwił panu Andrzejowi dzień kapitulacji, gdy wręcz z nieukrywanym niedowierzaniem Niemcy przyglądali się składanej w akcie poddania powstańczej broni – często mocno niekompletnej, uszkodzonej lub przestarzałej, bo pochodzącej z wyposażenia teatralnego. Był również ogromny niepokój, co z nimi się stanie, dlatego, że krążyły opowieści o tym, że Niemcy rozstrzeliwują jeńców. Po latach okazało się, że los powstańców został połączony z losami jeńców niemieckich przetrzymywanych przez wojska alianckie na terenie Francji. Oprócz tego, że byli jeńcami stali się również zakładnikami międzynarodowych rozgrywek politycznych. Tym razem można śmiało powiedzieć: szczęśliwie dla nich!

Po kapitulacji Powstania Warszawskiego nastąpił etap poniewierki w obozach jenieckich. Poprzez Pruszków Andrzej najpierw trafił do obozu w Skierniewicach, potem do Sandbostel pod Bremą, dalej pod Hamburg, by ostatecznie doczekać wyzwolenia niedaleko Husum pod duńską granicą. Tam też odnalazł syna ojciec i przeżył szok. Alianci bowiem po wyzwoleniu obozu przywieźli dla uwolnionych żołnierzy przenośne sanitariaty oraz odzież na przebranie. Okazało się, że są to mundury niemieckie. Stare rzeczy zostały już zdane i nie było rady, trzeba było ubrać się w to, co zostało uszykowane. Była to jednak ogromna przykrość dla wszystkich i coś, o czym pan Andrzej z nieukrywaną dezaprobatą wspomina do dziś.

Do Polski nie było wcale tak łatwo wrócić. Pierwszeństwo w transporcie miały regularne wojska. W oczekiwaniu zatem na sprzyjającą okoliczność, Andrzej wykorzystał  czas na krótkie zwiedzanie. Dojechał do Brukseli, gdzie doszło do nieoczekiwanego spotkania, które wpłynęło na całe późniejsze jego życie. Na ulicy zaczepił go bowiem starszy pan. Okazało się, że to profesor Kazimierz Drewnowski, przedwojenny rektor Politechniki Warszawskiej, który starał się nakłonić do powrotu każdego napotkanego młodego Polaka. I znów do Andrzeja wróciły słowa, o których w wojennym zamęcie mógł zapomnieć, że musi się uczyć, bo Polska potrzebuje wykształconych ludzi. I choć Europa, a nawet i Ameryka stała przed nim otworem, to jednak wrócił do Warszawy. Przyjechał, zrobił maturę i zdał na Politechnikę.

I nastał czas życia w odbudowującej się Polsce. Czas trudny, bo naznaczony doświadczeniem uczestnictwa w ekshumacjach zwłok na Mokotowie. Groby były wszędzie, zajmowały każdą wolną przestrzeń. Poległym trzeba było zapewnić godne i należne im miejsce na cmentarzu. Nasz bohater uważał to za swój moralny obowiązek. Czasy powojenne nie były łatwe również dla Andrzeja ze względu na jego życiorys akowski. Niemniej nasz bohater miał wyraźny cel i uparcie do niego dążył przez wszystkie kolejne lata swojego życia. Został inżynierem, wynalazcą, współautorem licznych patentów, nauczycielem akademickim Politechniki Warszawskiej i zagranicznych uczelni i co najważniejsze opiekunem młodych polskich naukowców, którym umożliwiał wyjazdy na stypendia zagraniczne, wtedy kiedy to nie było tak proste i oczywiste, jak dziś. Skorzystało z tej okazji 92 studentów. Każdemu z nich pan Andrzej wytrwale powtarzał zdanie, którym już tak mocno sam przesiąknął: „Ucz się i wracaj, bo Polska ciebie potrzebuje!”.

Rozmowę z bohaterem spotkania, ilustrowaną prezentacją zdjęć, poprowadziła dziennikarka Magdalena Walusiak.

Projekt finansuje m.st. Warszawa.