Spotkanie dziesiąte: Zofia Gordon ps. „Iskra”

7 czerwca br. bohaterką naszego cyklu „Moja Warszawa” była Zofia Gordon ps. „Iskra”.

Tym razem zgromadzeni w Domu Wsparcia dla Powstańców Warszawskich przy ulicy Nowolipie 22 wysłuchali zabarwionych humorem opowieści o dzieciństwie i młodości spędzonych przez naszą bohaterkę w Śródmieściu Południowym.

„Jestem warszawianką” – tak zaczęła spotkanie pani Zofia. I to jak się okazuje warszawianką z dziada pradziada. Urodziła się w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 56. Ojciec naszej bohaterki był naczelnikiem Urzędu Skarbowego, mama przy wsparciu pani Oli, gosposi, zajmowała się prowadzeniem domu i wychowaniem trojga dzieci, bo Zosia miała starszego brata i młodszą siostrę. Okresy letnie rodzina spędzała w podwarszawskich miejscowościach letniskowych. Jeden z takich pobytów ojciec wykorzystał na zorganizowanie przeprowadzki. Rodzina po wakacjach przeniosła się do eleganckich Alej Ujazdowskich 28 (dzisiaj numer 16.). Stamtąd mała Zosia najchętniej chodziła w towarzystwie pani Oli na spacery do Łazienek Królewskich,  gdzie podglądała przechadzającego się po okolicy Marszałka Józefa Piłsudskiego, którego nazywała „dziadkiem”. Nasza bohaterka od najmłodszych lat była psotnicą, ale rodzice nigdy nie stosowali wobec całego rodzeństwa kar fizycznych. Wygłupy wcale nie przechodziły jej w wiekiem. Regułą było na przykład, że ze szkoły, do której była odprowadzana przez gosposię na Hożą 13 (dziś numer 9 i 9 A), po lekcjach najchętniej uciekała do rzeźnika, pana Zielińskiego, na Mokotowską 65, gdzie upraszała o skrawki salcesonu, za którym przepadała, a którego ku jej rozpaczy w domu nie kupowano. Tam też odnajdywała ją ostatecznie pani Ola. W szkole Zosia zetknęła się z harcerstwem, ale jej żywiołowy temperament stanął na przeszkodzie w drodze do zintensyfikowania aktywności w ramach tej organizacji.

W czasie okupacji Niemcy zarekwirowali mieszkania w reprezentacyjnych kamienicach przy Alejach Ujazdowskich, w tym sześciopokojowy apartament zajmowany przez rodzinę naszej bohaterki i stworzyli tam dzielnicę niemiecką. Na wyprowadzkę osamotniona wówczas matka Zosi miała pół godziny. Ojciec zginął. Tu nieoceniona okazała się pani Ola. Pakowanie w walizki dobytku w tak krótkim czasie nie miało sensu, dlatego gosposia zaczęła wyrzucać z okna wychodzącego na podwórze wszystko, co się dało. W ten sposób udało się zachować chociaż drobną część własności.

Matka pani Zofii z dziećmi przeniosła się do kamienicy przy Pańskiej 45, gdzie wcześniej było getto. Zajęła pokoik z alkową i kuchnią. Wszystkie ściany pomalowane były olejną farbą na kolor granatowy. Od razu nastąpiły starania, by przemalować wnętrze na bardziej fortunny kolor. Pod ręką znalazła się tylko biała farba. Jak podsumowuje końcowy efekt tych starań pani Zofia – ściany przynajmniej nie były już takie granatowe, a często w wielu miejscach nawet radośnie tęczowe. Gosposia musiała niestety odejść. Nie było pieniędzy, by nadal utrzymać jej posadę. Była to bardzo trudna decyzja, bo przez te wszystkie lata stała się członkiem rodziny.

W tym czasie Zosia nie chodziła już do szkoły. Wolny czas spędzała m.in. z koleżankami na wymyślaniu w swoim kręgu swoistych drobnych akcji dywersyjnych. Na czym to polegało?  Dziewczęta chodziły przykładowo do parku Ujazdowskiego i gdy natrafiały na Polkę obściskującą się z Niemcem na ławce, to, ukryte w krzakach, kamykami rzucały w jej głowę. To błahe skądinąd zajęcie mogło skończyć się tragicznie, bo któregoś razu zacietrzewiony Niemiec zaczął gonić grupkę dywersantek i do nich strzelać. Szczęśliwie dla nich udało się im ukryć wśród grobów żołnierzy poległych w 1939 roku, a usytuowanych w sąsiedztwie Parku Ujazdowskiego. Po tych emocjach i strachu, jakiego się przy tym najadły, dziewczęta postanowiły zakończyć prowadzoną przez siebie akcję. Niemniej życie w okupowanej Warszawie w szorstki sposób dawało jeszcze po wielokroć znać, że beztroskie życie musi ulec brutalnej rzeczywistości. Ujawniło się to choćby wtedy, gdy bytowa sytuacja w domu stawała się coraz trudniejsza. Dlatego piętnastoletnia wówczas Zosia została przysposobiona do nielegalnego przewozu żywności, by wesprzeć rodzinę. Do dziś na wspomnienie o przeżytych wówczas chwilach głos grzęźnie pani Zofii w gardle, a niechlubną pamiątką z tamtego okresu są uszkodzone trwale nos i ucho.

Powstanie Warszawskie zastało rodzinę naszej bohaterki w mieszkaniu na Pańskiej. Wtedy Zosia zakomunikowała: „Mamusiu, na Mariańskiej rannych noszą, pójdę pomóc”. Mama się zgodziła. No to poszła. A co robiła? Pomagała obmywać rannych, podawać wodę, bandażować tych z lżejszymi ranami. Zwinna i uśmiechnięta dziewczyna szybko zyskała przydomek „Iskra”.

Gdy kamienica przy Pańskiej zawaliła się po bombardowaniu, Zosia z matką, cudem wyratowaną spod gruzów, przeszła przez ostrzeliwaną Marszałkowską i dotarła do słynnej barykady w Alejach Jerozolimskich przy Kruczej, przeczołgała się na drugą stronę i znalazła schronienie w kamienicy przy Mokotowskiej 65. Wtedy zaczęła pracować w szpitalu niedaleko, bo przy Mokotowskiej 55, gdzie pozostała do końca Powstania, tam też złożyła przysięgę i została przyjęta do Armii Krajowej.

Nasza bohaterka wyszła z Warszawy wraz z ludnością cywilną i razem z mamą została wywieziona do obozu w Pruszkowie, a później do Jędrzejowa, gdzie dotrwała do nadejścia wojsk radzieckich, przed którymi ukrywano kobiety w obawie przed gwałtami. Do Warszawy wróciła w styczniu 1945 roku. Widok był straszny! Do dziś pani Zofia dostaje gęsiej skórki, jak o tym mówi. Mama jednak powiedziała, że bez względu na wszystko, to cały czas jest przecież ich kochana Warszawa. Jak trzeba, to i na gruzach żyć będą. No i żyły. Z mieszkania w Alejach Ujazdowskich zostały ponownie wysiedlone, bo miejsce było atrakcyjne dla nowej zmiany. Zagrożono im również wywózką, jak się nie podporządkują. Zaczęły się zatem poszukiwania nowego lokum. Los rzucił naszą bohaterkę na Hożą 14, gdzie na drugim piętrze zajęła pokój. Mama zaczęła chorować i ciężar obowiązków spadł na Zofię. Brat jeszcze przez dwa lata ukrywał się w lasach. Z gruzów wydobyła nadpalone biurko, potem stół, który miał trzy nogi, czwartą zrobiła z cegieł. Poza wieloma niedogodnościami nowej miejscówki, największą bez wątpienia była dziura w dachu. Kiedy w niepogodę przychodził z wizytą do mamy lekarz, to badał ją, trzymając w drugiej ręce parasol. Innym sąsiadom to oczywiście nie przeszkadzało i trudno ich było zmobilizować do wspólnego zaradzenia temu problemowi. Zosia nie byłaby sobą, gdyby na swój sposób nie zainterweniowała w tej sprawie. A rzecz się miała następująco. Piętro niżej mieszkała bardzo przedsiębiorcza i wpływowa sąsiadka, trzeba jej było tylko dać możliwość odczucia na własnej skórze, co znaczy lejąca się w mieszkaniu na głowę woda. I tak też się stało. Zosia zrobiła dziurę w podłodze i lała wodę wprost na zdumioną kobietę. Awantura była tak duża, a próba uciszenia rozgorączkowanej lokatorki na tyle nieskuteczna, że wszyscy z sąsiedztwa poddali się i solidarnie złożyli na załatanie dziury w dachu.

Ostatnim i chyba najmocniejszym akordem spotkania był apel pani Zofii do zgromadzonych na sali, by przechodząc ulicami Warszawy i mijając w pędzie codziennego życia te wszystkie tablice pamiątkowe, znaleźć choć chwilę na refleksję i zadumę nad tymi, co tam zginęli. Ich jedyną winą było to, że byli Polakami. Nie pozostały ani ciała, ani nazwiska. Jest tylko nasza pamięć, a dopóki ona trwa i oni istnieją!

Rozmowę z bohaterką spotkania, ilustrowaną prezentacją zdjęć, poprowadziła dziennikarka Magdalena Walusiak.

Projekt finansuje m.st. Warszawa.