Spotkanie dwunaste: Jerzy Oględzki ps. „Jur”

28 czerwca br. bohaterem naszego cyklu „Moja Warszawa” był Jerzy Oględzki ps. „Jur”.

Spotkaniu towarzyszyły zdjęcia pochodzące z rodzinnego archiwum pana Jerzego. Zdjęcia, które z reguły wykonywano w atelier fotograficznym i do których bardzo pieczołowicie się przygotowywano. Dzięki czemu dziś można przyglądnąć się ówczesnej modzie na fryzury, ubiór czy ozdoby, jakie wówczas noszono.

Na pierwszych slajdach zobaczyliśmy zatem odświętnie ubraną mamę, pochodzącą z Kurpi, oraz ojca – związanego z Mazowszem. Dzięki przeróżnym splotom okoliczności, rodzice po epizodzie na Sybirze, potem pobycie na Kielecczyźnie, zdecydowali się ostatecznie na zamieszkanie w Warszawie. I tu pomału docieramy do kulminacji, czyli do pojawienia się na świecie Jurka. Ale powiedzieć o naszym bohaterze, że jest urodzony w Warszawie, to bez wątpienia powiedzieć za mało. Jego losy to świadectwo ogromnej ludzkiej determinacji, fantazji i przedsiębiorczości. To losy człowieka aktywnego i otwartego. O takich jak pan Jerzy myślał pewnie Stanisław Grzesiuk, pisząc tekst swojej popularnej piosenki pt. „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka”.

Pierwszym warszawskim adresem Jurka była ulica Rejtana 4. Dom wybudowany w latach 30. ubiegłego stulecia stoi do dziś. Kolejnych miejsc w ich ówczesnym kształcie nie odnajdziemy już jednak, spacerując po współczesnej Warszawie. Bo następnie rodzina przeprowadziła się na Elektoralną róg Białej, gdzie od frontu bardzo zaradna mama prowadziła sklep, a na tyłach mieściło się obszerne mieszkanie. Potem przyszedł czas na Chełmską róg Górskiego i w końcu na Dziką 28, dokąd rodzina Oględzkich przeprowadziła się, gdy pracującemu w drukarni na ulicy Miodowej 22 ojcu zaoferowano mieszkanie służbowe. Tam dotrwali aż do Powstania Warszawskiego.

W biografii pana Jerzego istotną rolę odgrywało jego obycie z różnymi rodzajami broni oraz to, że świetnie posługiwał się nożami. Mężczyźni z rodziny Oględzkich byli jego pierwszymi nauczycielami, a następnie talent Jurka mógł się rozwijać w ramach formacji harcerskiej, a dalej – wojskowej. Tymczasem czas okupacji w sposób zupełnie nieoczekiwany zweryfikował te umiejętności i to, co było pasją, dawało szansę na przetrwanie.

Na początku września 1939 roku na apel pułkownika Romana Umiastowskiego, szefa propagandy Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego, by zdolni do służby wojskowej mężczyźni udali się na wschód w celu sformowania na linii Bugu armii, szesnastoletni wówczas Jurek wraz z ojcem opuścił Warszawę. W stolicy zapanował chaos i panika. A ci, którzy odpowiedzieli na ten apel w większości utknęli na drogach wśród tłumów cywilów ratujących się ucieczką z pozbawionej ochrony Warszawy. Był tam również nasz bohater, który opisał nam ataki uzbrojonych band, chcących złupić bezradnych ludzi. To tam przydały się umiejętności Jurka do władania bronią, dzięki czemu wyratował się z niejednej opresji i wrócił wraz z ojcem do Warszawy. Krótko potem nastąpiła kapitulacja i rozpoczęła się okupacja.

Dzięki spotkaniu z panem Jerzym poznaliśmy barwne opowieści o procederach, jakie wówczas kwitły w Warszawie, choć oczywiście nie tylko tam. Jednym z nich był szmugiel, czyli nielegalny handel żywnością. Do tego dochodził szaber, czyli grabież opuszczonego mienia. Pojawienie się obu tych aktywności, to odpowiedź na nałożone przez Niemców restrykcje i wprowadzenie niemalże głodowych przydziałów żywności. Żeby przeżyć warszawiacy musieli zdobywać pożywienie drogą nieoficjalną. Za udział czy choćby nabywanie produktów pochodzących z tych procederów groziły surowe kary. Ludzie jednak musieli jeść i to za każdą cenę.

Bolesnym doświadczeniem z czasów okupacji było aresztowanie i osadzenie Jerzego na Pawiaku, gdzie cudem przeżył w tym gestapowskim więzieniu śledczym 9 miesięcy, i skąd, dzięki niebotycznemu okupowi, o jaki wystarała się matka, został wypuszczony.

W trakcie spotkania usłyszeliśmy i odmienne opowieści, bo młodość ma swoje prawa i bez względu na okoliczności domaga się czasu na beztroskę i choć odrobiny normalności. Przystojny Jurek chętnie korzystał wraz z innymi rówieśnikami z uroków plażowania nad Wisłą i nawiązywał nowe znajomości czy wędkował.

Czas okupacji to również nauka tokarstwa, do której został namówiony przez sąsiada, a któremu dał słowo, że zdobędzie przyzwoity fach. Ta decyzja procentowała później, bo w latach powojennych, kiedy to ludowa władza w sposób szczególny hołubiła klasę robotniczą, co pozwoliło Jerzemu dzięki posiadanej profesji z łatwością zyskać stałe zatrudnienie.

Zanim to jednak nastąpiło, przyszedł najbardziej doniosły etap w życiu Jerzego, który naznaczył go na całe życie. Wybuchło Powstanie Warszawskie. Nasz bohater dołączył do niego na Woli, potem zrządzeniem losu walczył w batalionie „Gozdawa” na Starym Mieście. Wielokrotnie ranny, po opatrzeniu w szpitalach powstańczy przy Barokowej i Długiej, każdorazowo wychodził z nich wbrew zaleceniom lekarzy i kontynuował walkę. Starówkę opuścił, wchodząc do kanału przy placu Krasińskich, a szczęśliwie wychodząc przez właz przy Wareckiej. Ten wydawałoby się krótki odcinek ranni, bardzo często przerażeni i wycieńczeni już wcześniejszymi przejściami ludzie zwyczajnie nie wytrzymywali. Dodatkowo przy wielu wyjściach na tej trasie czyhali Niemcy. Jeśli grupa nie zginęła od granatów, które wrzucano przez włazy, to mogła zostać po przymusowym wydobyciu rozstrzelana. Dziś świadczą o tych tragicznych zdarzeniach tablice pamiątkowe rozmieszczone w Warszawie.

Po ewakuacji kanałami Jerzy doczekał kapitulacji w Śródmieściu, skąd został wyprowadzony trasą prowadzącą od Brackiej przez plac Grzybowski, następnie Żelazną do nieistniejącego już dziś placu Kercelego, który mieścił się na przedłużeniu Okopowej do Ogrodowej, dalej Wolską do Ożarowa. Po drodze w trakcie konwojowania spotykał bezradnych i zdezorientowanych warszawiaków wołających za kolumną, by powstańcy wracali i ich nie zostawiali. Do tego wszystkiego eskortujący kolumnę żołnierze Korpusu Galicyjskiego dopuszczali się na jeńcach gwałtów i rabunków. Musieli interweniować oficerowie niemieccy. Po wymianie eskorty kolumna posuwała się dalej. Na wysokości Jelonek zaczęli pojawiać się okoliczni mieszkańcy wystawiający w koszach to, czym mogli się podzielić z wycieńczonymi powstańcami. Ostatecznie Jerzy trafił do obozu w Luckenwaldzie koło Berlina. Do Warszawy wrócił wiosną 1946 roku i pierwszym powojennym adresem stała się dla niego Kawęczyńska 34.

I tu rozpoczyna się nowy etap w życiu naszego bohatera na pewno wart opowiedzenia, ale to już nastąpi przy innej okazji.

Natomiast nieoczekiwanym dopełnieniem czerwcowego spotkania stało się, zaintonowane przez pana Jerzego, wspólne śpiewanie piosenek przy akompaniamencie pianina, do którego zasiadła krewna naszego bohatera.

Rozmowę ilustrowaną zdjęciami archiwalnymi i współczesnymi poprowadził Janusz Owsiany, prezes Stowarzyszenia Monopol Warszawski.

Projekt finansuje m.st. Warszawa.